Italy once again

przed wami druga część mojego wywodu związanego z wakacjami we Włoszech.
obiecuję, że w tym roku, to już ostatnia.

tak więc, po 2 dniach spędzonych w Bolonii odwiedziliśmy
Modenę, Maranello, Rimini i Imolę.

Jako, że mój ukochany jest wielkim fanem F1 a dokładniej kibicuje Ferrari a jego pasja wykracza mocno poza okres od kiedy w stawce mamy Polaka, toteż zwiedziliśmy mekkę Ferrari- Maranello.
Nigdy nie widziałam tak wielu aut tej luksusowej marki skumulowanych do kilkudziesięciu na kilku kilometrach tego uroczego miasteczka. Można było się nawet przejechać, ale jak dla mnie 50 euro za 10 min jazdy to zdecydowanie za dużo!
Noc spędziliśmy u Francesci, która miała cudowny dom na wsi.

Kolejnego dnia pociągiem Regionale uderzyliśmy do Rimini, stolicy Riwiery Adriatyckiej.
Ludzi było mnóstwo. Plaże płatne, usłane były tysiącami leżaków i parasoli.
My oczywiście leżeliśmy nielegalnie na własnych ręcznikach.
Ochh, miałam sposobność przyglądać się tak spedalonym i wydepilowanym bardziej niż ja 'mężczyznom’, którzy paradowali wzdłuż brzegu morza.
Gdy jeden z nich kaszlnął, niemal padłam z wrażenia. Wyglądał na takiego, co to nie prycha, nie smarka i nie robi kupy. Jak widać, aż tak idealny nie był.
W Rimini jedliśmy tradycyjną piadinę i panini. mmm palce lizać ! A pobyt uprzyjemniali nam 60letni staruszkowie: Vilma i Prada, szaleni hippisi i ich pies Buddy, którzy przygarnęli nas na couchsurfing.
W drodze powrotnej do Bolonii zatrzymaliśmy się w Imoli, by zobaczyc tor F1 i ścianę zmarłego tragicznie Senny. Tajemnym przejściem udało nam się nawet wejśc na tor.

Lot z Bolonii do Frankfurtu był chyba najgorszym jaki do tej pory odbyłam. Nie udało nam się wylądowac za pierwszym razem, co obfitowało w sporo turbulencji i strachu, na szczęście żyję.

Ponieważ z Niemiec lot do Polski mieliśmy następnego dnia. Czekało nas 18 godzin czekania na lotnisku, a każdy kto był na lotnisku Frankfurt Hahn, wie, że to lotnisko znajduje się dokładnie 'nigdzie’. Nie pytajcie, jak wytrzymaliśmy tyle godzin- niezawodny okazał się ipod. Wieczór uprzyjemnił nam Jack Daniels z colą i odlot Antonowa.Mimo wszystko bardzo pozytywnie wspominam nasz 'kocziun’. ha ;)

1se

56tty

moje ciacho =)

sss

rrrk9

fot. Paweł

a na zdjęciach macie przyjemność poznać mojego osobistego mężczyznę, który jest autorem większości zdjęc na moim blogu i który to cieszy się, kiedy 'linczuję’ go pod zdjęciami- bo odwiedzacie jego myspace’a i wzrasta mu oglądalnosc :D
ah. kocham go.

outfit:

dress: topshop [sh]
bag: h&m